wtorek, 10 lipca 2018

Dobrze jest wrócić do Biszkeku

Kwas, maksim szoro i talap

Kyrgyz kumys bozo okay okay
prosta papróbuj nasz kumys nacjonalnyj napitok
Piosenka o szoro
Udane zakupy na bazarze - tylko najlepsze marki
Lody i lepioszka
Ruszamy w trasę przez góry drogą do Osh
Przyjemne knajpki


opuszczamy Bishkek
Przejażdżka na jakiś płaskowyż
Tu też jest sporo miejsca na nogi

Tak, dobrze jest wrócić do Biszkeku. Czuję się tam doskonale. Jest gorąco, ale upał w jakiś sposób właśnie tworzy ten klimat. Nie myśli się o tym że jest gorąco, bo jest za gorąco.
Na ulicach co krok znajdzie się uliczny stragan z piciem. Najbardziej popularne są parasole z niebieskimi i czerwonymi beczkami. Tam dają ajran, kwas chlebowy i coś jak nasz żurek, brązowy, kwaśny napój zbożowy z wyczuwalnymi fragmentami ziaren czy łusek. Mały stakańczyk 0,2l za złotówkę.
Są też uliczne lodówki z wodą i kolą. Oprócz tego naprawdę dużo małych sklepików.

Bishkek trochę znam. Wysiedliśmy z naszego transportu na bazarze Dordoi. Po 7 rano nasze plecaki zeszły z dachu. Pojechaliśmy taksówką na ulicę Gorkiego, skąd pokierowalem kierowcę pod dom Angie, znajomej z warmshowers, u której trzy lata temu spędziliśmy z Michałem trochę czasu. Pod nieobecność Natana dom nie jest mekką rowerzystów - było tylko z 6 rowerów. Co ciekawe Angie też nie było, ale byliśmy dogadani z Alim, tymczasowym lokatorem. Zostawiliśmy to co zbędne i, z jednym już tylko plecakiem, ruszyliśmy szukać hostelu, bo u Angie było jacyś Holendrzy z dziećmi.

Silk way hostel w samym centrum po 6 dolarów, super. Tylko, że pod podanym adresem nic takiego nie było. Pani powiedziała, że adres na mapach jest inny i że trzeba iść gdzie indziej. Udaliśmy się do innego hostelu z bookingu, który akurat był obok. Znowu, bloki i żadnego hostelu. Wracamy do szukania Silk waya. Jedziemy marszrutka w pobliże ulicy Tołstoja, mając nadzieję, że drugi adres jest poprawny. Szukany i nic, pani coś tłumaczy przez telefon. Dajemy sobie spokój i idziemy do pobliskiego, sprawdzonego hostelu Dos Hostel ( sprawdzony bo piszą o nim na caravanistan.com - taki przewodnik-encyklopedia środkowej Azji, tam np były szczegóły wszystkich opcji przejazdu Osh Bishkek). Na ulicy mijamy dziewczynę, która pyta czy Silk Way hostel. Za nią na bramie napisany farbą adres z centrum. Nie, my nie szukamy hostelu. Perfidne oszustwo na świetnej lokalizacji. Idziemy do Dos zaraz obok, ciężko go znaleźć ale w końcu się udaje. Dorm za 6 dolarów lub dwójka za 13. Prosty wybór. 
Na hostel składa się podwórko z umywalką i miejscem do siedzenia, mieszkanie właścicieli, aż trzy pokoje, kuchnia, prysznic i dwie toalety. Wszędzie wchodzi się z pola, fajnie. Do tego jak się później okazało jeszcze śniadanie.

Zaczynamy załatwianie naszych interesów, trzeba wynająć samochód. Pomine żmudne ( bo jak na Żmudzi?) Wydzwanianie do 10 firm. W końcu jeden gość ma przyjechać popołudniu i dać nam Mitsubishi Outlander na tydzień za 50 dolarów dziennie. 

Jedziemy na bazar Osh. Spędzamy tam tylko ponad dwie godziny, bo bazar w poniedziałki nie działa. Krzysiek kupuje rzeczy z north face, ja koszulkę od Gucciego bo mam tylko dwie, z czego jedna już też bazarowa. Do tego winogrona i arbuz na kolację.

Wracając wchodzimy do chińskiej restauracji, a potem ruszamy polować na dolary. Potrzeba sporo na auto i 300 na depozyt. Somy na wymianę muszę wypłacać na raty bo bankomat ma limit 8000. Portfel się nie domyka. Ciekawe co jak ktoś kupuje samochód za gotówkę... Garści banknotów wymieniany na kilka świstków z napisem bank of America. Rano ma przyjechać brat Azamata, gościa od auta.

Rano przyjeżdża jakaś dziewczyna. Daje umowę, pokazuję auto z kierownicą po prawej stronie, bierze kasę. Załatwione, ruszamy w drogę.

No ale gdzie tu jechać? W końcu decydujemy jechać drogą M41 w stronę Osh i po przejechaniu gór odbić na song kul. 

Jedzie się super, trochę narwany, ale bardzo płynny ruch. 2-3 pasy, 4 auta minimum, ruszanie 3 sekundy przed zapaleniem się zielonego, omijanie przechodniów i marszrutek, kierunkowskaz zakazany - idzie mi świetnie, bez stłuczki wyjeżdżamy z miasta. Udało się nawet kogoś obtrąbic. 
Aha, jeszcze jedno. Auto jest bardzo dziwne, nie temu, że ma kierownicę po prawej stronie i automatyczną skrzynię biegów. Nie ma pajączka na szybie!

Przejeżdżamy widokową górska trasę, której punktem kulminacyjnym jest tunel śmierci. Długi, ciemny, dziurawy, zakurzony i tak wąski, że duże pojazdu jada wahadłowo, małe się muszą jakoś przecisnąć obok ciężarówek. 

Po pokonaniu gór odbijamy na Suusamyr. Na tym skrzyżowaniu odbierzemy jutro znajomych Niemca i Holendra, wracających z również nieudanej próby zdobycia naszej góry. Za dużo śniegu na grani szczytowej...

Jeździmy sobie po kiepskich drogach w okolicy i testujemy możliwości auta. Daje radę!
Rozbijamy się obok górskiej drogi. Bardzo komfortowy środek transportu.
Jutro Son Kul.

niedziela, 8 lipca 2018

Nasz busik do Biszkeku

Na brak miejsca na nogi nie można narzekać
Chwila na bazarze przed odjazdem
Pakowanie nart
Całkiem wygodnie - miejsce przy oknie
Tak to wygląda...
Kolejka do nadania bagażu
Busików jest więcej, można wybrać ulubiony kolor
Takie luksusy.
650 km, z bagażem 50 zł

Jedziemy do Biszkeku

Wczoraj 8 lipca dotarliśmy południu do Osh. Ak-saiowy busik wysadził nas w centrum. Wyrzuciliśmy rzeczy na ulicę. Kask na głowę żeby było szybciej, bo przez 6 godzin w busie się trochę rozwaliłem.
Od razu zatrzymuje się taksówka - Tico.
Najpierw gościa wyśmialismy trochę, dwie pary nart i 4 torby to Tico... Ale pan był uparty i wszystko weszło.

Pojechaliśmy do naszej babuszki i Tahira, słynnego ekonoma z Niemiec, gdzie spaliśmy ostatnio, czyli Pamir Mountains Guest House.

Pani dała nam kompot, czaj, lepioszki (chleb w formie placka). Potem poszliśmy na miasto, oglądaliśmy mecz i piliśmy piwo. Knajpa kulturalna, na zdjęciu. Ale kibel... Kibel był połączonym kiblem wg mnie z 3 knajp chyba. Szło się tam takim obleśnym tunelem jak na zdjęciu, finał trasy też na zdjęciu...

Potem drugi mecz, tutaj zaczął się o północy. Chorwaci górą i dobrze, ale jednego gola przespałem. Ciężko się skupić o 2 w nocy jeśli kładło się spać o 19...

Pani jest Uzbekiem. Opowiadała o "wojnie" w 2010 r. Uzbecy mieszkali w Osh i innych miastach południowego Kirgistanu, a Kirgizi w górach. Przyszła rewolucja, w kwietniu obalili prezydenta, który uciekł na Białoruś, w starciach zginęło ok 80 osób. W maju były wybory itd, nowy rząd.. w międzyczasie zaczęły się zamieszki właśnie od Osh. Kirgizi bili Uzbeków, okradali i palili domy. Niby motywowani przez zbiegłego prezydenta, mieli manifestować w ten sposób poparcie dla niego, ale nie wiadomo, nieistotne. Starcia rozprzestrzeniły się na więcej miast. Wojsko nie mogło opanować sytuacji. 400 tys Uzbeków zbiegło na granicę z Uzbekistanem. Kryzys migracyjny. Pojawia się czerwony krzyż, mający teraz siedzibę naprzeciwko naszego hostelu. Tylko 100 tyś wraca po wszystkim. Rosja, co ciekawe, odmawia interwencji wojskowej. Przysyła pomoc medyczną i ewakuuje obcokrajowców. 
U naszej babuszki 18 Uzbeków czeka aż strzelanie na ulicy się skończy. Brakuje jedzenia. Po kilku dniach wszystko ucicha. Zabito oficjalnie 800 osób, rząd mówi o 4 tysiącach, tysiące ranne. 

Potem czerwony krzyż wynajmuje na biura dom od babuszki, za 1000 dolarów miesięcznie. Ona potem, za te zarobione pieniądze, kupuje swój dom. Coś tu nie gra, ale tak zrozumiałem.

Zostały nam kaszki dla niemowląt z gór. Chcieliśmy zanieść do czerwonego krzyża ale nikt nie otworzył. Babuszka powiedziała, że tak już nie ma dobrych ludzi. Kiedyś byli, teraz są już tylko tacy co robią pieniądze. Kaszki zostały u babuszki dla jej wnuka.

Ostatnio byliśmy drugimi gośćmi w tym hostelu. Teraz jesteśmy czwartymi i ostatnimi. Ostatnimi, bo trzecimi była jakaś para Hiszpanów, którzy nie przypadłi pani do gustu tak jak my. Nie chciała za bardzo mówić o co chodziło, tylko że są ludzie dobrzy i źli. 
Czyli my jesteśmy dobrzy. Krzysiek który zapchał kibel bo wrzucił papier do niego - po prostu cudowni turyści. Pani jest na zdjęciu. Pomogła nam zorganizować się do Biszkeku. Dała śniadanko. Zamawia taksówkę z taksometrem, która nas w końcu nie oszukała.

Taksówka na dworzec busów, 10 zł. Potem marszrutka  za 2.50 zł,do Kara-suu, gdzie handlują bydłem. Stamtąd mamy mieć nocny busik lub ciężarówkę, rano powinniśmy być w Biszkeku.

Nocny busik to opcja tańsza niż shared taxi, czyli współdzielony przejazd samochodem. Nie ma regularnego transportu na tej trasie bo autobusy nie mogą wyjeżdżać na dwie przełęcze po drodze.

Busik to taki wielki stary mercedes. Cala paka załadowana towarem który ktoś chce akurat posłać, tak samo dach ( bus odjeżdża spod wielkiego bazaru 30 km od Osh). Za kierowcą są dwa poziomy czteroosobowych łóżek, czyli oprócz towaru jedzie 8 osób. Dopinane są bagaże na dachu, zaraz ruszamy. Za 12 godzin, na rano, mamy być w stolicy.


Biszkekuuuu, nadchodzę!!!
Droga do Osh
Kompot od babuszki

Neon, ekskluzywne miejsce w pełnej krasie
Droga do kibla w Neonie, obóz I




Droga do kibla w Neonie, początek podróży

Droga do kibla w Neonie, już blisko
Droga do kibla w Neonie, meta

Krzesełko u babuszki

Przepakunki

Oleńka

Pożegnanie z babuszką


Droga do Kara-suu - w marszrutce

sobota, 7 lipca 2018

Powrót do cywilizacji

Alternatywne podejście do zdobywania szczytów - tam nie idziemy
Schodzimy do BC

BC bar menu - nic dodać nic ująć
Lokalna pralnia
Loszeci na przełączy Podróżników, na białym koniu Żakuj - negocjujemy cenę plecaka

Jak kamień w wodę
Mesa Ak-saia, troszkę się pozmieniało
Widok z obozu Ak-Saia
Suszące się paliwo u Pajzeldy
Przełęcz Podróżników
U Pajzeldy tym razem śpimy w jurcie

Powrót znanym busikiem Ak-saia

Droga do Sary-Tash
W obozie obok Artura pojawiły się konie. Poszliśmy zapytać po ile nam wezmą rzeczy, mimo, że w głębi duszy czuliśmy, że nie będzie to dolar za kilo. Witamy się ze śmiesznym Chińczyko-muzułmaninem, chyba lokalnym władcą obozowym, pytamy gdzie koniki (ludzie od loszeci, czyli koni). I teraz uwaga, scena jak z filmu, zdanie jak z książki:
"Na te słowa z jurty wyłania się Nursaid, syn Pajzeldy."Krzysiek, Wojtek, mówi. Super, bo mamy transport za dolara. Dziś? Nie, umawiamy się na za dwa dni. Te dwa dni to nasze ostatnie skiturowanie, o którym już czytaliście w poprzednim poście.

Dzień zejścia.
Wstajemy o 8, pakujemy graty- Krzysiek w godzinę, ja w trzy.
Ja to bym poszedł jeszcze na ostatni zjazd na szybko, ale są inne obowiązki. Kręcimy filmik niespodziankę. Premiera będzie kiedyś.

Pogoda jak codziennie, czyli póki co słonecznie. Nie wyobrażam sobie pakowania w środku namiotu podczas burzy śnieżnej. W nocy napadało tylko kilka cm więc nie jest źle. Suszym spalne mieszoki i pałatku. pakujemy wory. Zdradzę od razu że wyszło po 22 i 23 kg, ważenie nastąpiło na drugi dzień na dole. Palimy papierowe śmieci ale kiepsko nam idzie.

Poznaliśmy nowego osobnika. Przyszedł do nas już kiedyś, cały w moro. Myślałem, że być może będzie sępić kasę za border zone permit, który niby trzeba mieć. Ale nie. Chciał kupić Krzyśka panel słoneczny.
- skolka?- Palec na panel. Mój też był obok ale nie wzbudził zainteresowania. Ustalam z Krzyśkiem cenę, bo on nie potrafi nic powiedzieć,, oprócz jednego ruskiego kawału o psie.
- 50 USD (naprawdę więcej)
- 30? 
To jest niewiaryodne. Gość nie wie nic. Jaką to ma moc, jakieś wyjście, nie wie czy działa, ale już handelek.
To teraz dalszą część historii. Aha, potem ładowaliśmy panelami w kamieniach za namiotem żeby nie zniknęły sprzed namiotu podczas naszej nieobecności.

To teraz dalej. Spakowani, czekamy. Przyjeżdża Nursaid. Po drodze wskakuje mu na konia ten od panelu - Żakuj. Żakuj bo Nursaid wziął narty na konia i pojechał a Żakuj wziął tylko mój pusty plecak i szedł za nim pieszo. :)
Schodzimy na dół, w butach skiturowych, bo jeszcze śnieg miejscami, nie chcemy się zapaść, no i rzeki lodowcowe. W górach wysokich najgorsze jest to co w zwykłych, czyli jak się śnieg wsypie do byś od góry. Idzie się super wygodnie, szybko, 15 kg na plecach, jak piórko. Potem już w adidasach. Do 4000 adidasy z Decathlona najlepsze. No i na przełęczy podróżników dogania nas Żakuj, na koniu, z naszymi nartami i moimm plecakiem, który chce kupić. Targujemy się (foto), najpierw dla zabawy, ale potem już na serio. Ostatecznie on proponuję 2000 som, ja 2500, ale zdradzę wam, że za 2000 bym przedał. 2000! 110 polskich złotych za 14 letni plecak, kupiony za 140 zł, cerowany i szyty przez babcię i tatę. Gość ma przyjść wieczorem żeby dobić targu. Niestety wieczorem ani rano nie przyszedł. Nie wrócę z kraciastą torbą... Coś mi te interesy w Kirgistanie nie idą. Jak gość, co miał mi dać kirgiską gitarę za ruską kuchenkę, ale potem był tylko jego syn, który nie czuł klimatu ruskiej kuchenki.

Schodzimy do zielonych dolin. Latam dronem po wąwozie - ujęcie życia. Siadamy na trawce na necie. Śmiga. Upewniamy świat, że nie zginęliśmy jeszcze.
Cieszymy się z dziwnej pogody, nie zlało nas popołudniu. Tylko troszkę postraszyło śniegiem po drodze. 500 m od Pajzeldy zrywa się wiatr i zaczyna ulewa z gradem. Biegnę z plecakiem. Biegnę z 15 kg plecakiem na 3500m, nic specjalnego. zbieram leżące na ziemi przy jurcie bagaże i chowam się w jurcie.
No! Teraz to Pajzelda ma hotel. Nawet klientów, dwóch Ruskich. Teraz już nie spędzamy w nocy z Nursaidem. Śpimym w wyłożonej dywanami jurcie, gdzie wcześniej był magazyn. Jest klimat.

Idę do Ak-saia. Załatwiam przejazd do Osh na jutro na 9 po 30 dolarów. Do tego dwa piwa (kierownik bazy pamiętał, że o to pytaliśmy i sam proponuję) i to na krechę.
Ak-sai też ewoluował. Stoliczki, dużo różności, turyści, barek. Piwo za 3 dolary - taniej niż w Warszawie do cholery! A to jest bar w bazie górskiej na 3500 metrów, gdzie prysznic kosztuje 5 dolarów, a wszystko przywozi się z najbliższego miasta oddalonego o 6 godzin jazdy. Te bary Warszawskie to jedna wielka mafia.
Woda kosztuje 2 dolary. Tyle samo co pozna papierosów. Ciekawy ten cennik.

Rano zbieramy się. Jesteśmy proszeni na śniadanie na 8. Chleb, dżemy, co ciekawe z pestkami ( wiśnia i żółta śliwka), masło (kajmak), ryż na mleku i czaj. Dobrze zjeść świeży chleb.
Żakuj nie przychodzi. Czekamy na odjazd, rozmawiamy. Upewniam kilku turystów z Indii, że tak, sezon dopiero się zaczyna, mimo, że my już wyjeżdżamy. Rozmawiamy ze znajomym przewodnikiem, któremu podładowaliśmy telefon w dwójce. Zakładał trójkę, Niemcy pomagali mu rozbijać namiotu na 6200. Dowiadujemy się, że dzisiaj przewodnicy z Ak-Saia wyciągali innego przewodnika że szczeliny na grani, na siodle między Razdzielną (C3) a granią szczytową. Mówi, że w dwójce pod obozem też są szczeliny. Wspaniałe... Czyli szczeliny są nie tylko tam gdzie się ludzie wiążą, ale też tam gdzie śpią i w drodze na szczyt. Do tego lawina zamiatająca codziennie drogę z C1 do C2. No i ten świetny zjazd pomiędzy szczelinami. Dobrze że wracamy.

Jedziemy. Jedzie z nami w tej chwili jak to piszę na wybojach ( więc Szymek nie wypominaj mi tym razem literówek) trzymając kolanem szmatę tam, gdzie powinna być gałka od szyby, bo leci stamtąd do środka pył z drogi, 7 osób i kierowca. Jedzie 2 lokalnych co wsiedli gdzieś po drodze, nasza dwójka, Niemiec, co był w jedynce ale zjeżdża na dół bo ma problemy z wysokością, które nie ustają, i jeszcze jedzie z nami Omurbek z żoną!

O Omurbeku chyba nie pisałem, a to dobre. Duże dobre.
Jego syn odebrał nas z lotniska. Mieliśmy z nim jechać do bazy, ale znaleźliśmy tańszą opcję (2x tańszą). A teraz ten sam Omurbek, co chciał nas zawieść za 120 dolarów z Osh do bazy jedzie metr ode mnie w busiku Ak-saia, hahaha. Businessman roku!

Omurbek dzwonił do mnie w noc przed wyjazdem do bazy z Osh chyba z 15 razu. ( dzwoniliśmy mu po południu że jedziemy z kim innym, powiedział nie ma sprawy, może jak będziecie wracać to dajcie znać. No i co? Wracamy razem, hahaha). Dzwonił co minutę, jak my akurat jedliśmy kolację a potem nie odbierał. Miałem nawet print screen z nieodebranych połączeń od niego, które nie mieściły się na ekranie. Przez chwilę się nawet baliśmy że przyjdzie do nas i zrobi awanturę. A potem, będąc w górach mieliśmy z tej sytuacji niezły polew. Jak tylko się pojawił zasięg ktoś mówił "oho, dziwne że Omurbek się nie odzywa". Jak schodziliśmy na dół to mówimy, "ciekawe co u Omurbeka". A potem, stoję obok busa z jakimś gościem, czekamy na kierowcę, on coś gada że ma jurty, jacyś Polacy u niego są, jeden się Wojtek nazywa. To mówię, że ja też, a on na to że w takim razie może gadaliśmy już kiedyś. Ja na to że raczej nie, a on wypala że się Omurbek nazywa. Nie wiem czy Was bawi ta historia ale mnie tak.

Spotkaliśmy 3 nowe pary Polaków. 
1. Turyści w C1.
2. Turyści w BC ( jeden nagle do nas "który z was to Krzysiek Prudel", sława wyprzedza Krzyśka)
3. Para, która stała obok taksówki stojącej obok drogi do BC. Taksówkarz powiedział, że dalej nie jedzie bo droga jest słaba (miał zwykle auto) zanim jeszcze zaczęła się słaba droga.

A teraz, wyjechaliśmy już na asfalt i prujemy do Osh w porywach 70km/h.

Czyli cywilizacja w moim mniemaniu to Internet, auto, jurta, gniazdko, krzesło i stół. 
Ok 16-17 będziemy pewnie w mieście. Pójdziemy sobie na mecz Szwecja Anglia. 

Przepraszam za przydługą historie z omurbekiem, która nie była piewnie aż taka śmieszna, ale nie mogę się do tylu obejrzeć bo się zacznę śmiać ;)

piątek, 6 lipca 2018

Skitury

Północna ściana Piku Lenina widoczna z naszego obozu w C1
nart znacznie ułatwiają pokonywanie strumieni

wycieczka na pobliski szczyt
rekreacja
Po powrocie z C2, ogarnięciu wody, odpoczynku, umyciu się itd zabraliśmy się za skiturowanie po okolicy. Jako, że większość doby spędzamy w śpiworze, trzeba się coś poruszać. W okolicy jest sporo górek, od północnej strony pokrytych śniegiem. Tak do 5000m, nie wiemy ile dokładnie.
Rano wstajemy o7 i idziemy na skitury. Z formą różnie. Ja dopiero 5 lipca poczułem się w pełni zaaklimatyzowany na 4500-5000. Możliwe, że byłem do tej pory lekko chory w tle, nie jestem pewien.

Wczoraj zjechaliśmy z moreny. Podejście grzbietem zjazd mocno stromy, wyjeżdżający mokry śnieg o 11. Potem zwykle wracamy na obiad a następnie gdy szykujemy się do kolejnego wyjścia zaczyna się chmurzyć i sypie śnieg. Przedwczoraj przeszliśmy 30 metrów, zostawiliśmy narty po drugiej stronie rzeki i uciekliśmy do namiotu przed burzą. Wczoraj tylko się ubraliśmy i do namiotu. Dziś już nawet nie próbowaliśmy, i tak zaczęło padać.

Ranne wycieczki wychodzą lepiej. Dziś była wg mnie najlepsza, i pod tym względem najlepszy dzień wyjazdu pod względem sportowym. Poszliśmy na jedną grań, ja w super firmie więc zanim przyszedł Krzysiek to już miałem jeden zjazd zaliczony po fajnym szerokim żlebie. Dzień podobny do tego gdy szliśmy na lodowiec, o 9 już tak grzeje słońce że nie da się wytrzymać. Śnieg o konsystencji masła zsuwa się spod nart.

Latamy dronem. Krzysiek stwierdza że ma słaby dzień i wraca do namiotu. Ja wchodzę znowu na grań, wysoko na jeden z jej szczytów. Potem zjazd do kotła i podejście na kolejną morenę. Z tą morena to ciekawa sprawa. Bajla morena.

Ostatnio zjechały się tu tłumy. Zaczął się sezon. Tak mniej więcej 1 lipca pewnie lądowali w bc. Teraz są już tu: klienty, pakietniki, do tego kilka grupek niezależnych, samodzielnych jak my. 

Nie szanują za grosz prywatności. Na tą morenę to łażą non stop. Że się niby aklimatyzują. Z tej moreny widać świetnie nasz kibel, więc chodzimy teraz do Artura. Tam się płaci dolara. Dolar za kibel, nieźle co? Obok namiotu spacery sobie urządzają. Głównie Kitajce, Ruskie, Francuzów trochę, paru. 

Widać w oddali ciągle jakieś grupy po 10 osób, na morenę, ćwiczyć z liną, na lodowiec, do C2. Po prostu jest tłok.

Co ciekawe codziennie pada śnieg popołudniu i codziennie koło południa schodzi lawina (foto) na trasę do c2 jak się śnieg rozgrzeje. Ale nikt się tym nie przejmuje.

My też nie. Śniadanie. Skitury. Obiad. Przygotowanie do wyjścia na skitury. Namiot. Krone und kragen. Kolacja. Lulu.

5 lipca, 20.34

Atak na c2 i alternatywne podejście do zdobywania szczytów

Obóz II widoczny z drogi do C3
Po powrocie wiadro gorącej wody i piwko u Andrieja, prowadzącego jeden z obozów agencyjnych w C1
nie tylko my mamy narty, Rosjanie od Andrieja na lodowcu
W drodze przez lodowiec
u stóp lodowca płynie już całkiem spora rzeczka - upał
Pora się związać
Jedne z większych szczelin w miejscu przełamania lodowca
Takich mijamy sporo, i z każdym dniem coraz więcej
Upał, ale więcej ciuchów nie można ściągnąć, bo słońce od razu pali
W końcu w C2
Szpej. Prusik przygotowany na wypadek wpadnięcia
29 czerwca wybraliśmy się sprawdzić trasę przez lodowiec do c2. Ja już wróciłem wtedy jako tako do formy. Kilka razy musząc zdjąć narty dotarliśmy do najdalej wysuniętego obozu rosyjskiego, jakieś 40 minut od naszego obozu. Stamtąd już po jakiś resztkach lodu pod stok lodowca w jakieś 15 minut.

Stanęliśmy przed lodową ścianą. Pierwszy fragment nie był zbyt stromy. Drugi piął się z naszej perspektywy prawie pionowo i przechodził przez szczelinisko. Następnie już po prawie płaskim, obok dwóch świeżych lawin, do ukrytego gdzieś za skalnym, czarnym żebrem C2.

Spieci liną idziemy do góry. Mijamy kilkanaście szczelin za wąskich by do nich wpaść (jeszcze) oraz kilka naprawdę dużych na przegięciu lodowca. Przy tych dużych, na najbardziej stromym fragmencie rozpięte są na szablach śnieżnych poręczówki. Przechodzimy po szerokich mostach śnieżnych. Dochodzimy do prawie już płaskiego odcinka ale musimy zawrócić. Brak już nam sił. Jest ekstremalnie gorąco. Kończy się picie, czujemy jak pali nas słońce, nie można nic już ściągnąć, żeby nie dostać poparzeń. Przez materiał czuję jak pali mi ucho. Przepinamy się, rozwiązujemy, I slalomem pomiędzy szczelinami zjeżdżamy z powrotem. Śnieg mokry cukier. Cała sztuka polega na tym żeby nie zatrzymać się na szczelinie, nartami wzdłuż rozpadliny. 
Zjazd do podnóża a potem drałujemy po płaskim i wycieńczeni wracamy do namiotu.

Po obiedzie rodzi się w mojej głowie pomysł na alternatywne podejście do zdobywania szczytów. Plan ten zakłada niewejście na szczyt i niezdobycie góry. Genialne, prawda?! Tak proste, a tak genialne.

Zamiast tego chcemy wejść na Rozdzielną (6200 jakoś), czyli do C3 i zjechać w dół. Dzięki temu ograniczamy drogę tylko do fajnego zjazdu i mamy szansę wyrobić się z tym przed załamaniem pogody. 
Dziś zjechaliśmy z 4800, jutro śpimy w C2, pojutrze C3 i od razu zjazd, zebranie C2 i nic w C1, potem do domu.
Sorry, ale nie będziemy kiblować 5 dni w burzy śnieżnej żeby wejść na jakaś górę z kiepskim zjazdem, na co, jak się okazało żaden z nas nie ma ochoty.

Więcej entuzjazmu do zdobycia szczytu dodają nam wieczorem Niemcy. W każdym razie idziemy jutro razem do c2. 

Wychodzimy o 4.15, żeby przejść lodowiec zanim śniegu się zacznie topic. Do końca się to nie udaje bo miejscami jest za twardo na narty i musimy ubierać raki. Po strasznej męce, 11 godzinach drogi docieramy do c2. Krzysiek jest o godzinę szybciej. Mi zajęło godzinę pokonanie jakiś 200m lekkiego wzniesienia. Umieram. Krzysiek stawia namiot, ja topie śnieg. Jemy cię i do spania. 
Kolejnego dnia wszyscy umierają/odpoczywają. załamanie pogody nie przychodzi i zostajemy w C2 na drugą noc. 
Powinienem być teraz świetnie zaaklimatyzowany, ale nic z tego. Krzysiek rusza o 6 rano z Niemcami i przewodnikami do C3, ja zostaję w pustym obozie. Koło południa wchodzę do polowy przełęczy nad C2 i zjeżdżam sobie. Wracają Niemcy, potem Krzysiek. Dłużej mu zeszło bo miał narty...
Zbieramy obóz, zostawiamy Niemców z ich planami, brakiem trzech paznokci na nogach od zimna i moimi overbootami i ogrzewaczami, żeby już więcej nie tracili i zjeżdżamy do C1. 
Lodowiec się topi. Dwa razy więcej szczelin, mosty śnieżne już naprawdę na słowo honoru. Jakoś zjeżdżamy ale co to za przyjemność. Przyjemność jest taka, że wiemy, że wchodzić przez ten lodowiec już nie będziemy. I że jutro mamy wolne. I pojutrze. 
Tak, odpuszczamy te górę, lecz z wielkim zadowoleniem i radością. Na narty to sobie w Tatry pojedziemy jak śnieg spadnie w styczniu, a nie jakieś łażenie nie wiadomo jak wysoko na końcu świata. Kto to wymyślił!

Teraz czeka nas relaks w C1. Marzymy o powrocie do naszej wspaniałej rzeki -luksusy.

W nocy przychodzi jednak prognozowana burza śnieżna i porządnie nas przysypuje. Rzeka jest zasypana, znowu trzeba topić śnieg. Wokół tłuką się pioruny, sypią lawiny. Najlepsze co mogliśmy zrobić, zrobiliśmy.

Kolejnego dnia idziemy do Artura na prysznic i to wszystko, bo pogoda nie pozwala na wycieczki. Artur to szef obozu 30 metrów od nas. Nie ma jeszcze klientów - jak każdy. Za 5 dolarów od głowy dostajemy wiadro gorącej wody, wiadro zimnej, czerpak, miskę i dostęp do osłoniętej od wiatru i oczu konstrukcji.
Ale luksus, co za przyjemność w końcu się umyć. Ekstra. Potem idziemy do Artura jeszcze na piwko po 5 dolarów. Nieźle kopie, mimo że pijemy tylko jedno.

Teraz czeka nas parę dni wycieczek, zabawy dronem, pakowanie, załatwianie koni i myślenie co będąc wolni jako wiatr w stepie będziemy robić w tym gościnnym kraju. Pierwsza opcja to wypożyczyć w Osh Ładę Niwę i się trochę porozbijać po okolicy.

Foto, nie wiem jak to jest z tą kolejnością
1. Rzeka z lodowca
2. 3. 4. Podejście przez lodowiec
5. Ruscy skitourowcy
Obóz 3
Piwko